Starorobociański Wierch (zima).
STAROROBOCIAŃSKI WIERCH trasa zimowa
Trasa trudna i długa, dużo podejścia pod górę. Gruba warstwa kopnego śniegu w drodze na Trzydniowiański Wierch w Krowim Żlebie i na odcinku ponad reglem.
Należy uważać przy przechodzeniu trawersem Czubika, można pójść górą.
Bardzo niebezpiecznie przy zejściu ze Starorobociańskiego w kierunku Siwego Zwornika, nawisy. Odcinek od Siwego Zwornika do Siwej Przełęczy jest bardzo zdradliwy i przy nieodpowiednich warunkach oraz braku doświadczenia może skończyć się tragedią. Bardzo wąsko, łatwo można wejść na nawis.
Zejście z Suchego Wierchu Ornaczańskiego w kierunku Hali Ornak powyżej regla niezwykle strome i niebezpieczne.
Niezbędne są raki, czekan i kijki oraz umiejętność posługiwania się nimi. Należy pamiętać o termosie z gorącą herbatą, wysokokalorycznym jedzeniu, odpowiednim ciepłym ubiorze, latarce czołówce i kocu termicznym. Niezwykle pomocne mogą się okazać: sonda lawinowa, detektor lawinowy i łopatka do śniegu.
Nie zalecamy wychodzenia na wycieczkę przy 2 oraz każdym wyższym stopniu zagrożenia lawinowego. Pamiętajcie jednak, że zginąć pod lawiną można również przy 1 stopniu zagrożenia!! Dobierajcie więc trasy wycieczek adekwatnie do własnych umiejętności, doświadczenia oraz panujących warunków!!


(12 godzin 30 minut + odpoczynki)
Czas przejścia jest obliczony na warunki zimowe, lecz jest on jedynie przybliżony. Pamiętaj, że za każdym razem przed wyjściem w góry zimą należy sprawdzić, jakie warunki panują w danym rejonie, najlepiej kontaktując się z dyżurką TOPRu. Często czas przejścia podany na mapach może być w realu 10 razy dłuższy!!! Mając to na uwadze nie planuj długich wypraw i pamiętaj, że zimą dzionek jest około 6-8 godzin krótszy 🙂
Siwa Polana (zielony/czerwony) (przez Krowi Żleb) Trzydniowiański Wierch 280 minut
Trzydniowiański Wierch
(zielony) Kończysty Wierch 70 minut
Kończysty Wierch
(czerwony) Starorobociański Wierch 60 minut
Starorobociański Wierch
(czerwony) Siwy Zwornik 30 minut
Siwy Zwornik
(zielony) Iwaniacka Przełęcz 155 minut
Iwaniacka Przełęcz
(żółty) Hala Ornak 65 minut
Hala Ornak
(zielony) Kiry 90 minut
SPRAWOZDANIE I FOTKI Z WYCIECZKI
ODYSEJA DO NIEBA…

Wyprawa zaczęła się źle. Przy skręcie na Krowi Żleb Juju zdecydowała, że jednak nie idzie z nami dalej przez wzgląd na swój żołądek. Pomyślałem: Szkoda, że uległa swojej chorobie, którą osobiście klasyfikowałem raczej jako hipochondrię niż grypę żołądkową.
Dość sprawnie pokonaliśmy spokojny w tych warunkach Krowi Żleb, by zacząć wspinaczkę łagodnym grzbietem Kulawca.

Droga początkowo wiodła lasem, następnie zaś wkroczyliśmy w piętro kosówki. Latem jest ona na tym szlaku wybitnie upierdliwa, zimą, częściowo przygnieciona śniegiem, nie sprawiała nam większych problemów.
Jednocześnie marsz zaczęły uprzyjemniać roztaczające się widoki. Wyraźnie widzieliśmy prześliczny gmach Kominiarskiego Wierchu, grube cielsko Ornaku oraz grzbiet okalający Dolinę Chochołowską ze znajomym Długim Upłazem.

Kopuły najwyższych szczytów pozostawały jednak dla nas nieosiągalne; uparcie spowijały je pozornie mało imponujące chmurki. My natomiast kąpaliśmy się w słonecznych promieniach, brakowało tylko drinków z palemką 🙂
Zresztą te chmurki dodawały uroku także Dolinie Starorobociańskiej, zalegając w niej delikatnie. Nadawało to naszej wyprawie nieco tajemniczości i wzniosłości, woń mistycyzmu zdawała się powoli roznosić wokół nas.

Zdobycie Trzydniowiańskiego Wierchu uświetniła tradycyjna „modlitwa do stanika”. Co prawda nie było już pamiętnego biustonoszu sprzed niemal trzech lat, symboliczny rytuał musiał się jednak odbyć koncelebrowany przez Marcina i Rzeźnika. Zresztą Wielki Stanik najwyraźniej łaskawie wysłuchał naszych próśb oto zobaczyliśmy bowiem, iż po naszych śladach dzielnie wspina się…
… Juju! Byliśmy szczerze zdumieniu. Plus sto do respektu! Jujka wzięła się w garść i już wkrótce odpoczywała z nami na Trzydniowiańskim! Ja tymczasem podziwiałem Ornak i ten fantastyczny system żlebów idealnie wskazujący drogi, którymi siedziba tajemnych rycerzy miała w zwyczaju zrzucać nadmiar śniegu w dolinę.

Widok w stronę naszej dalszej trasy prezentował się mniej zachęcająco. Kończysty rozmazywał się nieco w chmurnym mleku, piramidka Starorobociańskiego pozostawała natomiast właściwie zupełnie nieuchwytna.
Chmurki zalegały uparcie także z drugiej strony, przykrywając skutecznie również Wołowiec. Budziło to wszystko z jednej strony strach przed zupełnym brakiem widoczności na szczycie, z drugiej nadzieję na jakieś wyjątkowe, magiczne zjawiska…

Posiliwszy się i uraczywszy przechłodzone przewody pokarmowe gorącą herbatką mogliśmy ruszać dalej.
Zmierzaliśmy łagodnym grzbietem w kierunku Czubika i Dudowej Przełęczy powoli wchodząc w delikatne początkowo i niegroźne partie chmur.

Szlak trawersuje trawiaste zbocza tego niewielkiego pagórka, co w warunkach letnich jest swego rodzaju ułatwieniem, zimą jednak wiąże się z pewnym ryzykiem. Aby je zminimalizować pokonywaliśmy trawers w odstępach co dziesięć metrów.
Po przejściu tego odcinka ruszyliśmy, znowu razem, na podbój Kończystego Wierchu. Z każdym krokiem robiło się coraz wietrzniej i coraz mniej było widać. Skończył się spacerek, zaczęła prawdziwa wyprawa!



Po długim i bardzo wyczerpującym boju udało nam się dobrnąć na szczyt. 2000 metrów osiągnięte! Stąd jednak nic już nie było widać a wiatr smagał nas po twarzach (tzn. ja miałem moją maskę ninja, więc było mi lżej). Odpoczęliśmy, załatwiliśmy swe potrzeby znakując szlak na żółto i mogliśmy ruszyć na ostatni etap.
Potworny wiatr i minimalna widoczność bardzo szybko sprawiły, że odeszła nam wszelka ochota do marszu pod górę. Byliśmy jednak tak blisko. Szczyt był na wyciągnięcie ręki. Z drugiej strony straciliśmy już nadzieję na zobaczenie czegokolwiek. I gdy wydawało się, że liczy się już tylko zdobycie Wierchu ujrzałem po lewej stronie mojego Anioła Stróża w tęczowej aureoli. Ujrzałem najcudowniejsze widmo świata!


Od tej pory aż po sam szczyt widmo Brockenu co chwilę rozpościerało się obok nas. A gdy upojeni zwycięstwem staliśmy w najwyższym punkcie Starego Robota wiatr na chwilę rozwiał otaczającą nas pierzynę ukazując w dole magiczną powłokę kłębiastych chmur. My staliśmy ponad nimi. My byliśmy w niebie!
Ocierając skostniałe na policzkach łzy szczęścia schodziliśmy powoli i bardzo ostrożnie w kierunku Siwego Zwornika. Raz po raz ukazywały nam się mordercze czeluście czyhające na nieuważnych wędrowców. Gdy znikły starorobociańskie czary powróciła świadomość okropnego wiatru i chłodu.

Na Siwym Zworniku porzuciliśmy granicę państwa i kontynuowaliśmy marsz w dół do Siwej Przełęczy. Z każdym obniżeniem poprawiała się widoczność, słabł także ów niemiłosierny wiatr. Znowu robiło się spokojnie i względnie błogo.
Odsłonił się Ornak. Już na Trzydniowiańskim padł pomysł, by wracać właśnie tamtędy do Przełęczy Iwaniackiej, w tej chwili nic nie stało na przeszkodzie, by ten wariant zrealizować. Zwłaszcza, że Dolinę Starorobociańską przykrywała peleryna chmurek, które z góry wyglądały przyjemnie, ale nikt nie miał ochoty znowu rzucać się w ich chłodne objęcia.


Dopiero teraz w pełni zaczęło wychodzić na wierzch potężne zmęczenie. Tam, w górze, organizmy podporządkowane były rygorom adrenaliny i emocji, tu niżej dominować zaczynała mniej wysublimowana fizjologia (czytaj: Marcinowi chciało się siusiu)…
Siwa Przełęcz znajdowała się jednak jeszcze w zacienionej przez chmury strefie. Chcąc zakosztować na koniec odrobiny skradającego się w stronę zachodu słońca postanowiliśmy zdobyć się na jeszcze jeden niewielki wysiłek przed porządnym odpoczynkiem.

Dotarliśmy wkrótce do uroczych Siwych Skałek. Tu spotkaliśmy upragnione słoneczko ale w towarzystwie nieprzyjemnego wiatru. Obrażeni tego dnia na wszelkie podmuchy nie chcieliśmy się tutaj zatrzymywać.
Przekroczyliśmy ostrożnie skalnego garba, pokrytego symboliczną właściwie ilością śniegu, kontynuując marsz aż do…

… Przełęczy Ornaczańskiej. Tu zatrzymaliśmy się wreszcie na popas! Szczęknęły nakrętki termosów, zaszeleściły papierki batonów, zgrzytnął w zębach zmrożony chleb kanapek. A potem nastąpiło długie i ostrożne, coby nie połamać zębów, przeżuwanie.
W Dolinie Starorobociańskiej wciąż się kotłowało. Uroczo, przynajmniej z naszej, nasłonecznionej perspektywy.

W ciekawy sposób układały się także chmury na całkiem nieodległym już stąd Ciemniaku. Jasnoszare kłębuszki otulały czule przepaściste urwisko odkrywając przed nami magiczną harmonię gór i chmur oraz tworząc cudowny, prawdziwie bajkowy obrazek. Aż mi orzeszek ze Snickersa upadł z wrażenia na plecak!
Odbudowawszy się nieco fizycznie (psychicznie zapewne też) mogliśmy ruszyć na podbój ostatniego ornaczańskiego garba Suchego Wierchu.

Słońce, uciekające w sobie tylko (i ewentualnie meteorologom) znane strony malowało chmury pastelowym oranżem z domieszką delikatnego różu. Nie przepadam za różowym, ale w tym wydaniu wyglądało to naprawdę bardzo przyjemnie. Niestety nie trwało długo.
Wkrótce prowadzący grzbietem szlak zaczął coraz stromiej zbiegać zboczem w kierunku Iwaniackiej Przełęczy. Rozpoczęło się przedzieranie przez kopny śnieg, który chętnie obsuwał się pod naszymi krokami. Od czasu do czasu również jakaś złośliwa gałązka kosodrzewiny bezczelnie (tzn. powodując potknięcie) przypominała nam, że zeszliśmy już w jej piętro.

Nieco podirytowani dobrnęliśmy do przełęczy skąd droga wiodła już dużo przyjemniejsza. Po godzinie zaś mogliśmy odpocząć i wygrzać się w schronisku, stanowiąc jedynych wówczas gości sali jadalnej.
Przejście Doliny Kościeliskiej stanowiło formalność a zarazem miłą odmianę od Chochołowskiej, gdyż Kościeliska jest i krótsza i ciekawsza. Nawet (a może zwłaszcza?) nocą, gdy niewiele widać. A potem został już tylko bus i ogłoszenie wyniku czyli wyrównanie letniego rekordu z 2007 roku i ustanowienie nowego rekordu zimowego!
autor: Maciek vel Grabarzek

 



Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close