TRZY KOPY ROHACKIE BRESTOVA (Słowacja)
trasa bardzo trudna, wspinaczka, kominki, łańcuchy, ekspozycje
(11 godzin 5 minut + odpoczynki)
Zverovka (czerwony) Tatliakowa Chata 90 minut
Tatliakowa Chata
(niebieski) (przez Smutną Dolinę) Smutna Przełęcz 130 minut
Smutna Przełęcz
(czerwony) (przez Trzy Kopy Rohackie i Hrubą Kopę) Banówka 120 minut
Banówka
(czerwony) (przez Przełęcz Banikowską, Pachoła i Skrzyniarki) Salatyn 145 minut
Salatyn
(czerwony) Brestova 60 minut
Brestova
(niebieski) Zverovka 120 minut
SPRAWOZDANIE I FOTKI Z WYCIECZKI
GDY TRYLOGII NADSZEDŁ CZAS, GDY ROZSTANIA NASTAŁ KRES…
Trzecią odsłonę Rohackiego Tryptyku, podobnie, jak pierwszą, rozpoczęliśmy od podejścia szerokim dnem Smutnej Doliny, której część pozostawała początkowo wciąż przysłonięta rzucanym przez Rohacze cieniem.
Zabrzmi to paradoksalnie, ale Smutna Dolinka emanowała tego dnia niezwykłą radością. Nawet rozległy cień wydawał się zaledwie efemeryczną igraszką, której przeznaczeniem jest ulec słonecznym promieniom. Promieniom, których z każdą chwilą przybywało.
Skąpana w tymże słońcu mieszanka głazów, traw i kosówki oraz jakże bujniejsza, niż w lipcu, roślinność zmuszały do zachwytu. Oto kroczyliśmy bowiem poprzez jedną z najpiękniejszych górskich łąk, jakie dane nam było do tej pory oglądać.
Z minuty na minutę robiło się również coraz cieplej. Rohackie cienie ostatecznie ustąpiły, mogliśmy w pełni cieszyć się urodą tatrzańskiego, sierpniowego lata.
Warto było od czasu do czasu przystanąć i odwrócić się. Za naszymi plecami bowiem mieniły się w blasku słońca potężne gmachy Ostrego Rohacza i Wołowca. Fantastycznie wyglądały zwłaszcza ich strome, przeorane równoległymi żlebami zbocza, budujące nastrój potęgi, z którą człowiek nie powinien się teoretycznie mierzyć.
Na Smutną Przełęcz celowo podchodziłem na samym końcu, kilka metrów za grupą chciałem, by był to dla mnie czas wyjątkowej, tatrzańskiej kontemplacji.
Postój na Smutnej Przełęczy upływał pod znakiem regeneracji sił i uzupełniania płynów. Każdy dzierżył w dłoni kanapkę bądź batonika, które popijał niegazowaną wodą. A wszystko to w oszałamiającej, tatrzańskiej scenerii. Z jednej strony nasi starzy znajomi Rohacze z Wołowcem,…
… z drugiej, natomiast, swe potężne cielsko prezentował w całej okazałości imponujący Baraniec. Nie jest to może wspinaczkowa góra, ale sądzę, że wszyscy chętnie wybralibyśmy się kiedyś na jego szeroki, dumny grzbiet.
Od północy uśmiechała się do nas niewielka kopuła opadająca stromymi urwiskami w kierunku Smutnej Doliny. To Zielony Wierch, którego masyw, odchodzący prostopadle od Pasma Rohackiego, zasłaniał nam ukryte u jego stóp Rohackie Stawy.
Od południa, u podnóża zachodnich zboczy Barańca, rozpościerała się potężna i tajemnicza Dolina Żarska. W oddali majaczyły zaś Niżne Tatry, których stalowoszare kształty zapraszały, byśmy odwiedzili kiedyś również i tę krainę.
Wypoczywając na Smutnej Przełęczy z lekkim żalem spoglądałem na skaliste wyrwy dumnych Rohaczy… dziś nie miało nam, bowiem, być dane mierzyć się z ich złowrogimi graniami z Ostrym Koniem na czele. Nasza dalsza droga wiodła w kierunku zachodnim a pierwsze trudności już szczerzyły swe skalne zęby na Trzech Kopach.
Wspinaczka po ostrych kopułach Trzech Kop dostarcza zawsze pięknych przeżyć. Jej urok budują zarówno oszałamiające widoki niemal bez przerwy roztaczające się na obie strony równocześnie, jak i podnosząca poziom adrenaliny ekspozycja, z którą czasem poradzić sobie trzeba bez pomocy łańcucha. Z jednej strony odsłaniała się niezwykła panorama na Rohacze z Wołowcem na pierwszym planie, którego tło uświetniały takie szczyty, jak Jarząbczy, Bystra, Starorobociański, Kominiarski, Giewont, czy Krywań.
Z drugiej wspaniale prezentowała się potężna Hruba Kopa z Banówką i skalistym Przysłopem na drugim planie.
Zarówno Hruba Kopa, jak i Banówka miały zostać przez nas tego dnia zdobyte. Droga do tego nie była jednak ani szybka ani łatwa, ale za to niezwykle przyjemna.
Wspinaczka na tym odcinku szlaku przebiegała we wszystkich kierunkach; nie tylko w górę i w dół, ale czasem również w poprzek ściany.
Niezwykłości tego miejsca przysparzało dodatkowo duże podobieństwo do Granatów, co z kolei pociągało za sobą automatyczne i całkiem uzasadnione skojarzenie z Orlą Percią.
Trzy Kopy, co dość naturalne, dość gęsto są ubezpieczone łańcuchami. Nie wszystkim nam jednak te żelazne ubezpieczenia okazały się potrzebne. Wraz z Pawłem i Wikingiem staraliśmy się pokonywać trudności w oparciu o naturalne, skalne chwyty i podpory, delektując się ich chłodnym, chropowatym, ale w jakimś sensie również czułym dotykiem.
Fantastyczne wrażenie pozostawiał ponadto kontrast między nagimi, ostrymi i nieprzychylnymi skałami a delikatną, soczystą zielenią trawiastych zboczy, które z nimi sąsiadowały.
Raz po raz odsłaniał się widok na potężną Dolinę Rohacką wraz z granatowymi taflami Rohackich Stawów. Wielkie wrażenie robiła przestrzeń, oddzielająca nas od tych pozornie bardzo nieodległych zbiorników wodnych.
Warto podkreślić, ze przez cały czas utrzymywała się rewelacyjna pogoda. Skały były suche i wręcz zapraszały nas, by się po nich wspinać.
Miejsca na wspólne zdjęcie nie znajdowaliśmy zbyt wiele. Udało się między innymi na Drobnej Kopie Rohackiej,…
… ze szczytu której Hruba Kopa zdawała się już bardzo bliska, prężąc swe ogromne, majestatyczne cielsko oblepione niemal z każdej strony słonecznymi promieniami.
Jednym z naturalnych elementów geologicznych, spotykanych czasem na tego typu szlakach, którego nam nieco brakowało, były kominki. Zejście z Drobnej Kopy zaoferowało nam co prawda jeden; był on jednak króciutki no i zupełnie osamotniony. Przez chwilę zatęskniłem za fantastycznym Żlebem Kulczyńskiego, ale wkrótce ową tęsknotę przesłoniły kolejne rohackie atrakcje.
Wreszcie, po kolejnej porcji solidnego wysiłku, Popaprana Drużyna osiągnęła najwyższy punkt Szerokiej Kopy ostatniej z Trójki.
Z Szerokiej na Hrubą Kopę wiódł już łatwiejszy, bardziej trekkingowy odcinek szlaku, pozwalając nieco odpocząć od wspinaczki i używania rąk.
Wraz ze zdobyciem grzbietu Hrubej Kopy odsłonił się pełniejszy widok na potężne gmachy Banówki oraz Pachoła. Ich groźne miny starały się zniechęcić nas do dalszej wędrówki, jednak my nic sobie z tego nie robiliśmy. Delektowaliśmy się jedynie tym pięknym widokiem.
Mnie osobiście najbardziej urzekło jednak spojrzenie wstecz na Trzy Kopy, gdy złowieszczy wizerunek owych szczytów blakł nieco w obliczu faktu, że właśnie się je pokonało. Duma mieszała się z pełną satysfakcją.
Przed nami wyłaniał się już jednak kolejny etap nietuzinkowej wspinaczki. Zregenerowane mięśnie ramion i stawy palców zostały, ku obopólnej uciesze, ponownie zaangażowane.
Niezapomnianym przeżyciem pozostanie na pewno pokonywanie stosunkowo wąskiej skały opadającej na obie strony śmiertelnymi przepaściami i pozbawionej jakichkolwiek sztucznych ułatwień. Tu każdy krok musiał być solidnie przemyślany, każdy ruch, balans ciała musiał pozostawać w zgodzie z pozostałymi, gdyż nieubłagane siły fizyki działały na tym odcinku wyraźnie przeciwko nam.
Rozwaga i ostrożność to cechy, którym Popaprańcom w górach nie może zabraknąć. Tym razem, tak ja i przy wszystkich poprzednich próbach, wszyscy się nimi wykazali i bezpiecznie przeszli niebezpieczny odcinek stając przed kolejnymi wyzwaniami.
Z naszymi plecami nieustannie szczerzyły swe skalne zębiska dumne Rohacze. Tylko sporadycznie pojawiały się nad nimi jakiekolwiek chmurki.
Patrząc od strony Dolinki Spalonej grań Banikova (jak nazywają te górę Słowacy) opadająca w stronę Hrubej Kopy przypomina kształtem prostokąt. My, stojąc na wierzchołku i podziwiając potężny masyw Barańca oraz strome skały Przysłopu, wiedzieliśmy, że jest to bardzo postrzępiony i niebezpieczny prostokąt!
Z pewnej odległości pozdrawiała nas Hruba Kopa, której grzbietem jeszcze nie tak dawno spokojnie spacerowaliśmy.
Z drugiej zaś strony zapraszał do dalszej wędrówki stożkowaty Pachoł. Widzieliśmy dokładnie, jak biegnie szlak na jego szczyt i oczywiste było, że wkrótce czeka nas odrobina mozolnego, obciążającego tylko nogi, podejścia. Najpierw jednak należało zejść do Przełęczy Banikowskiej.
Tu zatrzymaliśmy się tylko na chwilę, chcąc wdrapać się jeszcze na tę potężną piramidę Pachoła przed generalnym odpoczynkiem, na jaki wszyscy zasłużyli, pokonując potężny kawał wymagającej, wspinaczkowej trasy.
Wejście na Pachoła, choć od strony Banikowskiej Przełęczy nie przedstawia wielkich trudności technicznych, okazało się, zgodnie z wcześniejszymi, przewidywaniami bardzo wyczerpujące dla wszystkich, jak sądzę, Popaprańców. Mieliśmy już przecież za sobą potężny odcinek trasy, o czym nasze umęczone nogi wiedziały najlepiej.
Z całej ekipy największy kryzys dopadł Kamelka. Głupi ten kryzys… wybrał sobie Popaprańca, który z własnymi słabościami radzi sobie, jak nikt inny spośród nas!
Gdy zatem nadszedł kres odpoczynku, podziwiania cudownych, słonecznych Tatr oraz posilania się, wszyscy byli gotowi, by zmierzyć się z kolejnym etapem Rohackiego Pasma. Rozpoczęliśmy zejście skalistym ramieniem Pachoła w stronę łagodnej, nieznacznie wystającej ponad szeroki grzbiet, Spalonej,…
… spoglądając od czasu do czasu na srożące się nieopodal ściany Skrzyniarek oraz majaczącego gdzieś za nimi Salatyna i trawiastą kopułę Brestowej, naszego ostatniego celu przed zejściem w dolinę.
Początkowo zejście z Pachoła wymagało od nas nieco wspinaczki i wysiłku ramion, z czasem jednak szlak stał się wygodną i łatwą ścieżką. Taki „beskidzki” charakter zachował już do końca odcinka na Spaloną Kopę.
Stojąc na Spalonej uderzyło mnie, jak blisko, niemal na wyciągnięcie ręki, znajdował się Wołowiec. Odkryłem nagle kolejny magiczny element tego fenomenalnego szlaku jego potężna część wiła się w bardzo niedużej odległości od siebie i mimo wielogodzinnej wędrówki można było odnieść wrażenie, że czyni się bardzo niewielki postęp. Potęgowało to we mnie zachwyt nad grozą i majestatem tego Pasma.
Dopiero stąd mogliśmy w pełni docenić majestat Pachoła. Niewinna piramidka, jaką zdawał się z Banówki, zmieniła się w potężnego, skalnego księcia, gotowego surowo skarcić niepokornych i lekceważących sobie Tatry Zachodnie turystów.
Pokonywanie skalistych Skrzyniarek nie okazało się tak wymagające, jak Trzy Kopy, czy Banówka, dostarczało jednak również wiele emocji.
Znów w użyciu znalazły się ręce, znów pojawiła się oszałamiająca swym pięknem i grozą ekspozycja, znów pojawiły się łańcuchy. Trzeba było niejako odstawić na bok znużenie i zmobilizować się do kolejnej, ostatniej już, porcji wspinaczki.
Niektóre odcinki łańcuchów mogły się wydawać pozornie mało potrzebne, jakby pełniły rolę wątpliwej jakości elementów dekoracyjnych. Nie wątpię jednak, że już niejednokrotnie okazywały się zbawieniem dla turystów, których na Skrzyniarkach złapał deszcz przemieniając suche i wygodne kamienie w skalne lodowisko.
Duża część tej trasy wiodła w dół. Trzeba było zachować wyjątkową ostrożność, by nie ześlizgnąć się w tempie szybszym niż dopuszczalne normy zdrowego rozsądku. Zwłaszcza, że taki „zjazd” mógłby się skończyć kilkaset metrów niżej, na przykład gdzieś w Głębokiej Dolinie.
Największe wrażenie robiły na mnie potężne, pionowe, niemal gładkie skały opadające na stronę Doliny Rohackiej. Gdy powiedziałem Arturowi w żartach, że za chwilę zejdziemy nieco w dół i będziemy musieli się po nich wspinać, zrobił bardzo zabawną, choć daleką od szczęśliwej, minę.
Pokonywanie skalnych przeszkód szło nam bardzo sprawnie.
W związku z tym, wspinaczka na Skrzyniarkach nie trwała, niestety, tak długo, jak byśmy tego chcieli. W końcu stanęliśmy na wygodnym, szerokim grzbiecie ze świadomością, że właśnie pokonaliśmy ostatni „taternicki” charakter naszej dzisiejszej drogi.
Za naszymi plecami wyniośle prezentował się tak nieodległy przecież Pachoł, którego nasłonecznione skaliste zbocze powoli przejmował w swe posiadanie cień.
Wkrótce trzeba było przypomnieć sobie techniki mozolnego wdrapywania się na kopiaste górki, gdyż na naszej drodze stanęły dwa wierzchołki Salatyna. Pocieszeniem było to, że od pewnego czasu spotykaliśmy już bardzo niewielu turystów i, jak to nam się często zdarza po południu, znowu zostawaliśmy w Tatrach sami.
Na Salatynie przycupnęliśmy na chwilę rozkoszując się imponującym widokiem na dużą część naszej potężnej trasy. Radość i duma z własnych dokonań mieszała się z żalem, że lada moment trzeba będzie zejść w dolinę i pożegnać ukochane Tatry na długie miesiące. Zanim miało to jednak nastąpić pozostawała jeszcze do zdobycia Brestowa.
Podążaliśmy zatem spokojnie szlakiem „typowym dla Tatr Zachodnich”, jak chciałoby się powiedzieć, gdyby nie znało się wyjątkowego charakteru Pasma Rohackiego. Obserwowaliśmy schodzące coraz niżej słońce, za sprawą którego nasze cienie wydłużały się i ciągnęły za nami, jakby nie chciały opuszczać ukochanych Tatr.
To było jednak nieuniknione. Na Brestowej daliśmy naszym zmęczonym nogom dłuższy odpoczynek, czekało je wszak jeszcze mało przyjemne zejście do Zverovki. Cieszyliśmy się, oglądanymi po raz ostatni przed dłuższą przerwą, cudownymi widokami Tatr Zachodnich, które żegnały nas odziane w delikatną szatę utkaną z opadających coraz niżej promieni słonecznych. Cieszyliśmy się naszymi dokonaniami, zwłaszcza że przebyliśmy tę morderczą trasę w komplecie. Wreszcie cieszyliśmy się tym, że nikogo tam z nami nie było, że góry wydawały się należeć zupełnie do nas…
W pewnym momencie mój wzrok padł na Osobitą. Tak, jak Osobita „kończyła” Tatry otwierając rozległe tereny Orawy, tak nasze wejście na Brestową kończyło tegoroczne zdobycze Popaprańców w Tatrach. Najdalej wysunięty na zachód szczyt Tatr dopełnił symboliki końca kolejnego etapu naszych tatrzańskich przygód.
Zejście z Brestowej z wielu przyczyn należało do mało przyjemnych (a nawet nieco bolesnych). Początkowo jeszcze mogliśmy chłonąć ostatnie widoki na Pasmo Rohackie, którego pokonanie stworzyło fantastyczną, tatrzańską, popapraną Trylogię. Gdy jednak skręciliśmy w Spalony Żleb, którym wiódł szlak powrotny do Doliny Rohackiej, nasze wspaniałe Tatry zaczęły powoli chować się, najpierw gdzieś za wysoką kosodrzewiną, później przesłonięte przez las i mrok. W ich miejsce pojawiła się zaś ogromna tęsknota, gdyż właśnie przyszło nam pożegnać się z nimi na kolejne pół roku…
autor: Maciek vel Grabarzek

 



Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close