Świnica-Orla Perć (trasa).
ŚWINICA ORLA PERĆ
trasa ekstremalnie trudna, wspinaczka, kominki, łańcuchy, drabinki, klamry, ślisko, ruchomy piarg, ekspozycje
(15 godzin 50 minut + odpoczynki)
Kuźnice (żółty) Przełęcz między Kopami 100 minut
Przełęcz między Kopami (niebieski) schronisko „Murowaniec” na Hali Gąsienicowej 20 minut
schronisko „Murowaniec” na Hali Gąsienicowej (czarny) Świnicka Przełęcz 115 minut
Świnicka Przełęcz (czerwony) Świnica 50 minut
Świnica (czerwony) Zawrat 45 minut
Zawrat (czerwony) Kozi Wierch 170 minut
Kozi Wierch (czerwony) Skrajny Granat 95 minut
Skrajny Granat (czerwony) Krzyżne 135 minut
Krzyżne
(żółty) schronisko „Murowaniec” na Hali Gąsienicowej 125 minut
schronisko „Murowaniec” na Hali Gąsienicowej
(niebieski) Przełęcz między Kopami 25 minut
Przełęcz między Kopami
(żółty) Kuźnice 70 minut
SPRAWOZDANIE I FOTKI Z WYCIECZKI
ODDALIŚMY NASZE SERCA TATROM, A ONE PODAROWAŁY NAM SIEBIE…
Niecały rok temu Paweł bardzo nalegał, abym przystąpiła do Popaprańców, mówił, że mam zasługi, że czuję te klimaty… zgodziłam się 🙂 Byłam najmłodszym członkiem w historii… i nadal jestem 😛 Moja pierwsza popapranka odbyła się w Karkonoszach na Przełęcz Okraj. Wycieczka prosta i krótka, ale zostałam Popaprańcem. Kilka miesięcy później na zimowisku postawiono mi poprzeczkę tak wysoko, że powątpiewałam w sukces. Kupiliśmy raki i kijki w okresie ferii świątecznych. W styczniu zdobyłam Wołowiec i Ciemniak, było ciężko i mroźno, ale nie żałowałam.
W lipcu scenariusz mi zapisany to streszczenie najcięższych tras tatrzańskich, strach mnie przerastał, ale weszłam na Bystrą Ławkę, Kościelec, Świnicę, Rohacze, Rysy i Przełęcz pod Chłopkiem. Nie wiem jak to zrobiłam, do teraz nie wierzę, ale było świetnie, uwielbiam to!
Dzisiaj wyrzucili mnie na szerokie wody, co ja mówię, na wielkie góry 🙂 i zażądali niemożliwego, od tak małej i kruchej dziewczynki, bo przecież jestem tylko 11-letnim Okruszkiem, moim najcięższym egzaminem szaleńca miało być przejście całej Orlej Perci jednego dnia wraz ze Świnicą…
Myślicie, że dałam radę? A więc zobaczcie 🙂
Paweł zbudził mnie o nieludzkiej jak na wakacje godzinie 🙁 Wygramoliłam się z wyra o 4 rano, a kwadrans po szóstej już wędrowałam Doliną Jaworzynka 🙂
Powietrze było niesamowicie przejrzyste. Świnica pięknie się rysowała na tle błękitu, a Kozi Król Orlej Perci już mi wygrażał palcem, że niby to on mi dzisiaj pokaże…
Za dwadzieścia ósma doszłam wraz z moimi przyjaciółmi do schroniska, które bardzo lubię, nazywa się Murowaniec i zawsze tu pełno turystów, ale o tej porze nie tętniło jakoś życiem.
Jak zwykle uzupełniliśmy braki energetyczne wcinając masę batonów, załatwiliśmy pewne potrzeby i ruszyliśmy dalej. Idąc Doliną Gąsienicową mieliśmy okazję spotkać jakichś biegaczy z Francji, którzy w kosmicznym tempie przemieszczali się w stronę Kasprowego Wierchu. Ale oni nie mieli tylu kilogramów na plecach, co my 🙂
Minęliśmy Zielony Staw, który faktycznie mienił się różnymi odcieniami zieleni 🙂
Nagle ujrzeliśmy inne piękne jeziorka pozostawione przez nas gdzieś w oddali, a których nie dostrzegliśmy zmierzając tutaj. Chyba zasłaniała je kosodrzewina. Paweł mówił mi jak się nazywają, ale nie pamiętam 😛
Zbliżyliśmy się do ściany Pana Kościelca, który niedawno tak niemiło nas ugościł. Pomachaliśmy mu jednak przyjaźnie 🙂
Zaczęło się męczące podchodzenie ostrzej pod górę. W tej kotlinie zalegały jeszcze spore kawałki śniegu. Kamelek ciężej oddychał i nie nadążał za grupą… 🙁
Około dziesiątej wdrapaliśmy się na Przełęcz Świnicką i trzeba było zrobić jakiś poważniejszy postój, bo kolejne zapasy energii w naszych ciałach się wyczerpały.
Tak było tu ślicznie! Te chmurki, które krążyły wokół szczytów! Te szczyty, które tańczyły oberka z chmurkami! 🙂
Nadeszła najwyższa pora, aby przedostać się na najwyższy dzisiaj wierzchołek na Świniczkę 🙂 Najpierw po schodkach około piętnastu minut…
I zaczęły się pierwsze udogodnienia dla turystów, czyli łańcuszki, które kocham 🙂
Nawet nie było tak ciężko, wszyscy sobie doskonale radzili i mieli świetne humorki 🙂
Jak byłam tu pierwszy raz, ale schodząc, to mgła zalewała tę okolicę i nie mogliśmy podziwiać piękna wokół. A teraz odlot! Co za widoki!!
Zupełnie, jakby pod naszymi nogami rozłożyły się niebieskie stawy, które tak naprawdę były bardzo daleko w dół…
Na Świnicy ujrzeliśmy wreszcie uroczą panoramę na Tatry Wysokie. Białe chmurki pląsały tuż pod szczytami, ponury granit Krywania przecierał sennie oczy, a cała reszta ostrych mrocznych wierzchołków założyła białe śliniaczki, jakby szykowała się na poranne papu ciesząc oczy popapranych wędrowców 🙂 16--ngg0dyn-450x338x100-00f0w010c010r110f110r010t010
Nawet widzieliśmy czubeczki Tatr Bielskich i pomyśleliśmy wtedy o kolonistach, którzy właśnie w tych okolicach spacerowali. Ależ byliśmy od siebie daleko, strasznie daleko!!
I ze Świnicy widziałam Ciemniaka, którego zdobyłam w rakach zimą 🙂 Ale było tu cudnie wszystko widać! 😀
No musieliśmy po odpoczynku szybko schodzić, to znaczy nie tak szybko, żeby się zabić, ale w miarę prędko, by nie tracić czasu, którego nam w dniu dzisiejszym bardzo brakowało…
Uwielbiam schodzić ze Świnicy 🙂 I wchodzić też na nią kocham 🙂 Jest taka wymagająca, ale wynagradza panoramą wokół przez cały czas 🙂
Kamelek został gdzieś w tyle 🙁 Grabarzek mu towarzyszył. Martwiłam się kondycją naszego przyjaciela 🙁 Czy poradzi sobie na tej trasie? Sama nie wiedziałam co mnie jeszcze czeka, ale do tej pory to podobno była tylko namiastka…
Nie mogłam się nacieszyć tymi stromymi ścianami Świnicy! Co chwila jakaś przepaść 🙂 Przede mną szedł Paweł asekurując mnie, a za mną dzielnie Tomuś, Rzeziu, Migotka i Skorpek 🙂
Schodziliśmy takim zajefajnym kominkiem, gdzie zrobił się mały korek. Trzeba było czekać aż podejdą pewni turyści, a potem dopiero mogliśmy zasuwać my.
A chmurek zaczęło trochę przybywać, czy aby pogoda się utrzyma do końca dnia?
Niestety te chmurki chyba znały los Kamela 🙁 Na Zawracie postanowił, że zejdzie, bo nie da rady. Grabarz zdecydował, że go odprowadzi do ośrodka, a Tomuś ma iść dalej, ponieważ Orla była dla niego nowością. Kiedy żegnaliśmy Kamela to rozpłakał się. Ale w moim sercu i tak jest bohaterem, bo wiedział, kiedy zrezygnować, a nie szedł dalej, chociaż chciał przejść całą Orlą Perć. Zrobił sporo kilometrów od nas mniej, ale to nic, walczył i nie przegrał. To w mojej pamięci zostanie do końca życia i kilka dni dłużej…
A my w międzyczasie w ciągu 10 minut wskoczyliśmy na grzbiecik małego Koziołka, z którego pomachaliśmy Grabkowi i Kamelkowi.
To tak naprawdę był ledwie początek słynnego Orlego szlaku…
Ze szczytu Małego Koziego zaczęliśmy schodzić jakąś stromą szczeliną pełną łańcuchów, w której tkwił stary brudny śnieg. Nawet go sobie pomacałam 😛
Jakaś babka przed nami czołgała się ze strachu przed przepaściami tamując ruch, a szczelina była tak ciasna, że musieliśmy przechodzić gęsiego.
Wreszcie minęliśmy wypłoszoną kobitkę i stanęliśmy na moment na Zmarzłych Czubach, chyba nie pomyliłam nazwy 😛
Pozostała nas tylko szóstka 🙁 Schodziliśmy z tych Czub z nadzieją, że Kamelek będzie miał siłę, aby spotkać się z nami gdzieś po drodze, na przykład na Granatach, na które mógłby wejść sobie spokojnie od Stawu Gąsienicowego.
Coraz bardziej zbliżaliśmy się do Koziego Wierchu, a szlak stawał się cięższy. Minęła nas pewna grupka facetów, którzy się okropnie przepychali i mocno im się spieszyło, prawie zbiegali w dół nie trzymając się ubezpieczeń i wygłupiając się. Ciekawe ile razy będzie startował dzisiaj śmigłowiec TOPRu, ile jeszcze nieuleczalnej głupoty ludzkiej ujrzy Orla?
Przepuściwszy samobójców zaczęliśmy ostrożne zejście do Zmarzłej Przełęczy, a ja najbardziej nie mogłam się doczekać tej słynnej Przełęczy Koziej 🙂
Wyłoniły się zza skał dwa piękne stawiki, jeden Czarny Gąsienicowy, a drugi ten Zmarzły, którego mijaliśmy dwa tygodnie temu podczas maratonu.
Zaliczyliśmy po drodze nawet spory kawał śniegu, w którym schowana była jeszcze część łańcuchów. Tam trzeba nam było baaaardzo uważać.
Na polskich szlakach widać dobrze przygotowane i zadbane całe to żelastwo. Jest to wszystko chyba sprawdzane co roku i wymieniane bardzo często, a odcinki łańcucha są w miarę krótkie, co pozwala na szybsze przemieszczanie się zakolejkowanych turystów. Na Słowacji sytuacja jest nieco inna spotkałam tam łańcuchy poobrywane, przerdzewiałe zabezpieczenia wypadające ze skał, a te sprawniejsze części łańcuchów miały po kilkanaście metrów długości… Słowacy nie dbają o turystów. Ale i tak kocham obie części Tatr 🙂
I stanęliśmy sobie przy Zamarłej Turni troszkę zmęczeni, ale Paweł powiedział, że najtrudniejszy odcinek szlaku dopiero przed nami.
Doszliśmy wreszcie do tej przepaści, która się zwała Kozią Przełęczą. Wisiała tam długa drabina, którą każdy musiał pokonać pojedynczo. Myślałam, że wreszcie zacznę się czegoś bać, ale się przeliczyłam 🙂 Choć podczas schodzenia nią, gdy zaczęła się ździebełko gibać, to serce mi stanęło na moment, czy aby nie odpadnę razem z tą starszą o trzy razy ode mnie szczeblownicą 😛
W Koziej Przełęczy wiało nieludzko i było bardzo ślisko. Przeskakiwaliśmy z półki na półkę trzymając się łańcuchów.
I znowu zaczęła się ostra wspinaczka po stromych ścianach, podczas której się wyglebałam, ale upadek był niegroźny 🙂
Potem znowu w dół po łańcuchach i drabinkach aż w końcu rozpoczęliśmy atak na Wielkiego Koziego Brata.
To był dla mnie jeden z najtrudniejszych odcinków. Często nie mogliśmy postawić stopy na stromych i wyślizganych skałach, dlatego łańcuchy i sprawne rączki okazały się bardzo pomocne.
Zapomniałam dodać, że po drodze minęliśmy kolejny śnieg, który leżał na szlaku i zakrywał część zabezpieczeń. Super była taka pionowa ściana, do której przymocowane były tylko klamry! Istny hardcore!! 😀
Ja myślałam, że to już Kozi Wierch, ale Paweł szybko mnie sprowadził na ziemię mówiąc, że to dopiero Kozie Czuby 🙂
Z Kozich Czub musieliśmy zejść do drugiej Koziej Przełęczy, takiej wyższej i nieco łatwiejszej, a stamtąd zaczęła się już ta właściwa wspinaczka na Kozi. Ale tam było ciężko. Płyty skalne praktycznie pionowe, no przyznam, że tam poczułam się już odrobinkę zmęczona. Robiliśmy sobie krótkie postoje, bo przecież robotami nie jesteśmy, a ja mm dopiero 11 lat 😛
Po zdobyciu Koziego Wierchu zrobiliśmy szybkie fotki i zeszliśmy troszkę niżej, by schronić się przed wiatrem za jakimś wielkim głazem.
Czas był kiepski zjedliśmy w pośpiechu i ruszyliśmy, czym prędzej, by go nadrobić.
Niebo nam się trochę zasnuło chmurami, brakowało ciepłych promieni słońca. Ale za to przecudnie rozpostarła się pod nami Dolina Pięciu Stawów Polskich 🙂
Założyliśmy tutaj drugą parę ciepłych spodni, szaliki i rękawiczki zimowe, dodatkowe bluzy, bo naprawdę było chłodno jak w grudniu.
Z Przełęczy pod Buczynową Doliną schodziliśmy niebezpiecznym urwiskiem, w którym żaden inteligent nie pomyślał o łańcuchu, montując go częściej tam, gdzie nie pomagał, lecz przeszkadzał.
Zbliżyliśmy się do wielkiego pionowego komina, który wzbudzał lęk i jednoczenie zachwyt. Paweł wspiął się po nim, jak wielki pająk a nam kazał się ubezpieczać zimnymi łańcuchami.
Po wyjściu z kominka weszliśmy na czubek jednego z Granatów a potem na kolejny z nich. Miedzy drugim a trzecim granatem musieliśmy przejść na drugą stronę niewielkiej przepaści.
Ja miałam za krótkie nogi, więc Paweł wziął mój plecak a potem asekurował mnie przy przejściu.
Na ostatnim Granacie zrobiliśmy postoik, aby wszamać kanapki i batony i popatrzeć na świetne krajobrazy.
Od Skrajnego Granatu Tatry pożegnały się ze wszystkimi turystami, pozwalając tylko nam, jedynym szaleńcom, drapać buciorami ich czupryny.
Im bardziej zbliżaliśmy się do Granackiej Przełęczy, szlak stawał się trudniejszy i niedostępny dla mało sprawnych wędrowców.
Śliskie, strome półki skalne, często zasypane jeszcze śniegiem, utrudniały nam przeprawę , ale na szczęście my uwielbiamy takie trasy wspinaczka po skałkach, łańcuchy, klamerki, drabinki i jesteśmy w swoim żywiole 😛
Nie spodziewałam się kolejnej drabinki na szlaku, a tu miła niespodzianka 🙂 Ten szlak od Granatów na Krzyżne w ogóle był jakiś taki przyjemniejszy, ale wcale nie łatwiejszy.
Jak mijaliśmy Orlą Basztę to znowu ukazało się słoneczko i Tatry nabrały cieplejszych barw 🙂
Znaleźliśmy się na Przełęczy Nowickiego. To był taki pan, który miał duży wkład w powstanie tego szlaku, zaprojektował go jeszcze chyba z innym panem. No i był poetą 🙂
Ciężko było schodzić z jego przełęczy, były tam takie sypkie i śliskie kamyczki i ogólnie paskudnie stromo, a żadnego ubezpieczenia. W deszczu nikomu tam nie radzę! W ogóle przy brzydkiej pogodzie ludzie nie powinni się na Orlą wybierać…
Przez pewną szczerbinkę w skałach przeszliśmy na drugą stronę grani.
Gdy zbliżaliśmy się do Wielkiej Buczynowej Turni zauważyliśmy, że pewien odcinek szlaku zawalony był wielkimi, kilkunastotonowymi głazami, które poobrywały łańcuchy i zatorowały przejście. Okazało się, że zawaliła się skalna wieża tuż nad szlakiem. Bogu dzięki, że nie było tam wtedy turystów. Na szczęście znaleźliśmy małą szczelinę, przez którą przedostaliśmy się na drugą stronę szlaku.
Czekało nas jeszcze ostatnie ciężkie podejście w buczynowym żlebie po takich rudawo-czerwonych skałach 🙂
I wydostaliśmy się na szczyt Małej Buczynowej Turni, gdzie powitały nas ciepłe promyczki słoneczka, które ostrzegało nas, że niebawem się z nami pożegna.
Teraz Tatry zrobiły się bardziej złote, a my mocno zmęczeni. Już niedaleko… 🙂
Zeszliśmy nareszcie do ostatniego punktu na Orlej, czyli do Przełęczy Krzyżne!!!!!! Zrobiliśmy to!!!!!!
Trochę sobie wszyscy poprzeklinaliśmy z radości i odtańczyliśmy „Shake it” dla naszego Wielkiego Kamelka i wyściskaliśmy się wszyscy w podziękowaniach 😀
Jesteśmy wszyscy nieźle pozytywnie stuknięci, bo zrobiliśmy całą Orlą wraz ze Świnicą! A ja przeszłam do historii, jako najmłodszy Popapraniec i najmłodszy turysta, który odważył się jednego dnia wystartować z Kuźnic, by od Świnki przez Koziego Brata, Granaty i Krzyżne przebiec się z powrotem do Murowańca i zawrócić przez Jaworzynkę do Zakopca. A co się działo nocą w Jaworzynce, pozostanie moją wielką, słodką Tajemnicą 😛 Mogę wam jedynie szepnąć, że o mało nie miałam pełnych gaci ze śmiechu… 😛
Czy zrobiłam już w Tatrach wszystko, co najpiękniejsze i najtrudniejsze? Czy coś może mnie jeszcze zaskoczyć? Czy Tatry mi się nie przejedzą po tej skoncentrowanej dawce przyjemności, jaką tu doznałam? Mam dwie odpowiedzi na te pytanka i podzielę się z Wami natychmiast: 🙂
pierwsza jest taka, że na tym turnusie czeka nas jeszcze Czerwona Ławeczka, jeśli pogoda dopisze :P… a druga rzecz to, że ja się dopiero rozgrzałam i tak naprawdę dopiero się uczę poznawać te wielkie i cudowne góry, do których zamierzam powracać, by odkrywać je na nowo, choćbym miała zadeptać tę Orlą 🙂 A dzisiaj to podarowaliśmy nasze serca Tatrom, one zaś podarowały nam siebie!
KOCHAM WAS MOJE TATRY!!!!
KOCHAM WAS POPAPRAŃCY!!!!
autor: Karolina vel Okruszek

 



Kontynuując przeglądanie strony, wyrażasz zgodę na używanie przez nas plików cookies. Więcej informacji

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close